Szlak
Kategoria: Twórczość - epika
autor: seeker23Wysoki, chudy mężczyzna klęczał na środku małego, ciemnego pokoju. Rękami szarpał włosy a z jego ust wydobywały się nieartykułowane krzyki. Nikt nic by z tego nie zrozumiał, nie było to możliwe pod żadnym względem. Podniósł głowę i zaczął z paniką rzucać po ścianach przerażone spojrzenia zamglonymi przez obłęd oczyma. Twarz miał zakrwawioną, a długie siwe włosy przyklejały się do spoconego czoła. Człowiek umierał, to było jasne. Posiwiały pomimo młodego wieku, dręczony widmami przeszłości umierał. Umierał w samotności, pogrążony w szaleństwie. To co wydarzyło się przedtem było tajemnicą. To co wydarzy się po jego śmierci, nie będzie miało z tym związku. Jednak gdy umrze powróci znowu. Będzie kim innym, o swoim umyśle lecz cudzym ciele. Taki ich zasrany los. Los Czarnej Gwardii.
Brukowanym traktem biegnącym brzegiem targanego wiatrem lasu szedł szybkim krokiem młody chłopak. W bladym słońcu lśnił miecz przewieszony przez jego prawe ramię. Jego oczy były przysłonięte przez rondo kapelusza, spod którego na plecy spływały długie, czarne włosy. Był niewysoki, lecz dobrze zbudowany. Ubrany w białą koszulę przysłoniętą czarną, skórzaną kurtką, wyprawiane grubymi nićmi, jeansowe spodnie oraz wysokie buty spinane klamrami. Szedł pewnym krokiem. Trakt był pusty. Swoją drogą była paskudna jesień. Nic dziwnego. Podniósł wzrok, miał zimne, zielone oczy, w których odbiły się betonowe wierze stolicy dzisiejszego świata przesłaniające szary horyzont. Spojrzał na tablicę stojącą opodal. Napis głosił: „Green – 2 km.”. Tak, Green. Ludzie w tych zawszonych czasach wymyślają takie nazwy, żeby chociaż przypomnieć, że na ziemi kiedyś było więcej…Więcej...
Odgałęzienie ewolucji
Kategoria: Twórczość - epika
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez zasłony w pokoju Jerzego. Jeden z jego implantów umieszczonych w mózgu dał mu znak, że powinien przerwać sen. Po krótkiej chwili jego synapsy odebrały sygnał. Jerzy przeniósł nogi z łóżka na podłogę, po czym cały ociężały wstał. Skierował swe kroki do łazienki, po drodze uważnie przyglądając się elektronicznemu kalendarzowi, który był wyświetlany na środku pokoju przez rzutnik holograficzny. - Sobota. Wreszcie dzień wolny od szkoły. Dzień wolności! – krzyknął wesoło młodzieniec. Gdy wszedł do łazienki, czujniki od razu uregulowały temperaturę powierzenia i jego naświetlenie.
Po porannej toalecie Jerzy zasiadł przed swoim komputerem. O dziwo, sprzęt tej klasy nie zmienił się wyglądem od pierwszych lat nowego millenium. Ot, zwykła szara skrzynka z szeregiem migoczących diod. Jednak pozory myliły. We wnętrzu niepozornej maszyny znajdowały się najnowsze biomechaniczne komponenty, pozwalające komputerowi uzyskać moc obliczeniową wyższą ludzkiemu mózgowi bez żadnych ulepszeń.
Chłopiec przegładził ręką długie, ciemne włosy, opadające bez ustanku na jego twarz.
Obwody komputera pobrały prąd ze stacji energetycznej znajdującej się kilka kilometrów dalej.
- Przesyłanie prądu za pomocą cząsteczek powietrza nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – mruknął chłopak do siebie.
Komputer był gotowy do użytku po krótkiej chwili. Jerzy od razu uruchomił jeden z wielu programów zapisanych w nośniku pamięci komputera. Jego ukochana gra fantasy, pozwalająca wejść w świat wirtualnej rozrywki i przeżyć przygody, których nigdy nie znajdzie w swoim świecie. Świecie technologii i maszyn.
Gdy implanty umieszczone w ciele chłopca odebrały odpowiednie…Więcej...
Linia śmierci
Kategoria: Twórczość - epika
Widzę siebie idącego tartanowym boiskiem, wracającego ze szkoły. Wieje wiatr a kolorowe jesienne liście błądzą między nogami. Z głową pochyloną myślę o obiedzie, który zrobiła mama, która dziś nie poszła do pracy, bo zaspała. Uwielbiam te dni. Zimno. Krok za krokiem przemierzam, krótką trasę. Druga klasa podstawówki to była.Widzę siebie strzelającego pierwszego gola i gratulacje kolegów. Euforia radości. Teraz wystawiają mnie do pierwszego składu. Słoneczny ranek. Zawsze przed lekcjami na szkolnym boisku rozgrywane mecze z wielką pasją, jak i zaangażowaniem każdego z nas. Dziś wiem: to nie byli koledzy, to byli bracia.
Widzę siebie na rozpoczęciu roku w nowej szkole. Tutaj już niektórych drogi się rozdzieliły, ale rdzenna większość została. Pierwsze zauroczenie koleżanką, a kim innym miałby się... zauroczyć.
Odważne wygłupy, niekiedy tak głupie, że nie mogłem sam uwierzyć w to co czynie. Nowe stare twarze w nowej starej klasie. Długa droga do domu upiększona gwarnymi dyskusjami o wynikach Man Utd. Czwarta klasa podstawówki - wejście w nowy stan ducha.
Widzę siebie siedzącego z koleżanką od zauroczenia spoglądającego na tyłek wychowawczyni. Sławetny pierwszy pocałunek z koleżanką uznaję, że mam za sobą. Od tamtąd doceniam go i zachwalam, uważając, że nic nie jest smaczniejsze. Wewnętrzna rewolucja następuje w głębinach świadomości. Teraz to ja mam racje, a inny to innowiercy. Staje się postawny, zaczynający zauważać w którą stronę kręci się świat. Szósta klasa podstawówki - uznana za najgorszą w dziejach szkoły. Okres ten zwany jest złotym wiekiem mego żywota.
Widzę siebie idącego na…Więcej...
Last minute
Kategoria: Twórczość - epika
Autor: atomekTynk obłażący ze ścian jak skóra z trędowatego. Wypłowiałe plakaty. Tunezja, Maroko, Tajlandia, Egipt. Opaleni ludzie na tle pożółkłych palm. Rachityczna paprotka.
Spocony, wąsaty, gruby - siedzi w obrotowym fotelu przy biurku ze sklejki. Przerzuca kartki.
Wentylator rozwiewa papiery, powietrze liże jego tłuste włosy. Przy suficie trzeszczy jarzeniówka.
- Chwilowy kryzys, chwilowy. - pomrukuje pod nosem, spina kartki i chowa je do szuflady. Podchodzi do zlewu, napełnia elektryczny czajnik chlorowaną wodą.
Wyciąga papierosa. Zieloną od sztucznego światła przestrzeń wypełnia biały dym. Wnika w gardło, w płuca, w zęby, w skórę.Za cienką gipsową ścianą szum wody. Spuszczonej. Rury stukają. Myszy skrobią pazurami o ściany.Położenie nie jest zachęcające - piwnica, małe okienko, brudne i zakurzone.Paprotka walczy o światło, o słońce, o jarzeniówkę, o wodę, o uwagę - dostaję tylko pety i niedopitą herbatę z firmowego kubka.
Zalewa herbatę. Torebka wypływa na wierzch jak kapok topielca. Biały ponton. Pije herbatę, wypala jeszcze jednego papierosa. Spogląda na zegarek. Wylewa resztki do paprotki, gasi światło.
Przekręca tabliczkę na "Zamknięte". Przekręca klucz. Dwa razy. W prawo.
***
Przekręca klucz. Dwa razy. W lewo.
Rytuał - czajnik, herbata, papierosy, paprotka.
Papiery, stosy papierów. Folderów. Ofert. Ulotek reklamujących wyblakły tunezyjski raj.
Koło dwunastej wpada sprzątaczka. Stoją na korytarzu, oparci o ścianę. Sprzątaczka częstuje się papierosem. Narzekają. Na czasy, na zastój, na marną pracę. Na braki.
Sprzątaczka o wściekle rudych, farbowanych włosach. Siwe odrosty, niebieski fartuch w kwiatki.
Puder na pociętej zmarszczkami twarzy, czarne oczy i krwista szminka.
Płyn. Wiadro.…Więcej...
Fenix
Kategoria: Twórczość - epika
Zabolało. Gdy fotografowałem jeden z ładniejszych w Dublinie budynków, ktoś na mnie wpadł. Siła uderzenia zwaliła mnie z nóg. Była to brunetka, o zielonych oczach i ładnej twarzy. Wyglądała na jakieś siedemnaście lat.- Uch… - jęknęła. Popatrzyła na mnie. Wyglądała na przerażoną. Nie powiedziała nawet prostego „Przepraszam”. Wstałem.
- Tam jest! Brać ją! – usłyszałem po angielsku. Potem rozległ się strzał. Kula przeleciała kilka centymetrów od mojej głowy. Wiedziałem wystarczająco, żeby zareagować. I na pewno nie w taki sposób, jaki wszyscy by sobie wyobrażali.
Kiedy ludzie zaczęli padać na ziemię, wrzeszczeć i uciekać, ja chwyciłem dziewczynę za przegub, pociągnąłem mocno i bez słowa ruszyliśmy biegiem. Nie znałem topografii miasta, ale to nie był problem.
Za nami biegło trzech zakapiorów, a przed nami nagle pojawiło się czterech. Intuicyjna reakcja i wyćwiczony ruch: pchnąłem dziewczynę w bok razem wbiegliśmy do wąskiej, ślepej uliczki. Że zły pomysł? Możliwe, jednak nie mieliśmy innego wyjścia. Poza tym, przed nami były drewniane drzwi. Puściłem przegub dziewczyny, przyspieszyłem i wbiłem się w nie z solidnego kopa. Rozwaliłem je doszczętnie. Za nimi przerażona rodzina popatrzyła się na mnie. Nie zatrzymując się, chwyciłem nóż ze stołu kuchennego. Potem wybiegliśmy przez drzwi frontowe, skręciliśmy w lewo, do zacienionej alejki. Minęliśmy wyłom, pchnąłem tam dziewczynę i położyłem jej dłoń na usta. Czas ucieczki się skończył. Powoli zdjąłem z pleców plecak i wyciągnąłem z niego starego Colta 1911. Odbezpieczony, z pełnym magazynkiem. Popatrzyłem w przerażone oczy dziewczyny. Uśmiechnąłem się do niej miło.
Więcej...
OpForce
Kategoria: Twórczość - epika
Obudziłem się gwałtownie. Przed oczami miałem mgłę, słońce świeciło mi w twarz. Podniosłem się z trudem i zerknąłem na zegarek. Było już po dziesiątej. Westchnąłem. Patrzyłem przez chwilę na lśniącą odznakę. Zaraz potem ukryłem twarz w dłoniach. Było mi ciężko po rozwiązaniu Sigmy. Anna, zgodnie z zapowiedziami, wyjechała gdzieś do Ameryki Północnej. Utrzymywałem z nią kontakt E-mail. Z Gagatkiem spotykałem się raz na jakiś czas, podobnie z Sigmą, ale ogólnie Wydział Sigma skończył się. W samym ABN pozostałem tylko ja, gdy zaproponowali mi członkostwo w OpForce. Byłem teraz detektywem z odznaką i pozwoleniem na broń. Mimo wszystko, to nie było to samo, co kiedyś. Ubrałem się szybko. Miałem jeszcze chwilę czasu. Zadzwonił mój telefon. Odebrałem.
- Mniemam, że nie zapomniałeś? – Moja nowa partnerka o jakże przyjemnym imieniu: Nadzieja. – O siódmej masz już być w robocie.
- Nie zapomniałem. Przypominam ci, że do siódmej pozostaje mi wciąż dziewięć godzin. Coś jeszcze?
- Korzystając z tych dziewięciu godzin polecam ci wpaść do mnie, by przypomnieć sobie informacje o robocie.
- W porządku. – Rozłączyłem się. Nie czułem się najlepiej, a i robota do łatwych nie należała. Spałem ponad dziewięć godzin, a i tak byłem zmęczony. Cholera, nie wyobrażałem sobie dzisiejszej akcji w pozytywnym świetle.
- Cel? – Nadzieja stukała palcami w blat biurka, wpatrując się w akta sprawy.
- Infiltracja koncernu zabawkowego „Figurek i spółka”. Fajna nazwa.
- Sposób wykonania?
- Wproszenie się na…Więcej...
Spadkobiercy kryształu, Ł. Staniszewski - rozdziały 17-19
Kategoria: Twórczość - epika
Rozdział 17― Jesteśmy nieśmiertelni? ― zapytał Kyle na jednej z przerw w treningu. Walczyli na ostatnim poziomie przeznaczonym dla podoficerów, choć dla niego i tak przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie.
― Nie, nie jesteśmy. Coś takiego jak całkowita nieśmiertelność nie istnieje. Można powiedzieć, że jesteśmy wiecznie młodzi. Osiągamy pe-wien stopień rozwoju fizycznego, po czym władzę nad nami przejmuje Kryształ i spowalnia procesy, które normalnie by zachodziły, aż prawie całkowicie ustają. Dlatego nawet najstarsi z nas wyglądają młodo. Ale można nas zniszczyć jak każdy inny gatunek. Jest to również powód, dla którego zwiad stara się jak najszybciej docierać do nowych Xeltonów. Szczególnie, gdy trafia na planetę, taką jak twoja.
― Do „implantowców”. ― powiedział Kyle.
― Tacy Xeltoni ze względu na dziedzictwo Kryształu są często izo-lowani od swoich społeczeństw, bo społeczeństwo nie ma pojęcia z kim ma do czynienia. Niewykształceni Xeltoni żyją niekiedy przez całe stulecia nie znając powodu, swojej nienaturalnej młodości. Lub są po prostu zabijani przez swoją rasę z powodu strachu. Zdarzają się także przypadki, kiedy Xeltoni zostają uważani za bogów i stają się tematem legend i mitów. Mają wtedy władzę absolutną. Mogą zmieniać się w tyranów i destruktorów. Z tego powodu ważne jest, aby Xelton został jak najprędzej odkryty i przechodził reakcję pobudzania. Dopiero po niej nabywamy innych zdolności.
― Jakich?
― Łatwość wyzwalania energii w stosunku do ras, które wcale tego nie potrafią lub umieją w ograniczonym zakresie. Zwiększona…Więcej...
Zuchwalec i jego kompania
Kategoria: Twórczość - epika
Autor: Dominik OtmianowskiProlog
Rynax splunęła. Wzięła w rękę swój bicz, nasączony potężną magią. Płaszczyła się pod nią Urydiara, jedna z kapłanek odprawiających Rytuał. Całe przedsięwzięcie znów się nie powiodło. Mroczna Elfka była zła, a jej czarną twarz wykrzywił podły grymas. Smagnęła batem niższą od siebie rangą kleryczkę. Negatywna moc broni sprawiła że ta dosłownie uschła w oczach i martwa osunęła się na posadzkę. Tak, Rynax od zawsze uchodziła za osobę wredną i złą, nawet wśród Rezikian, Czarnych Elfów. Za nic miała cudzę życie, nawet członków rodziny, którą i tak już dawno opuściła. Jej oczył miały jasno żółty kolor, niczym trucizna stosowana przez całą jej rasę. Włosy Rezikianki były białe, z lekko posiwiałymi pasmami gdzie niegdzie. Posiadała ogromną moc i rządziła całym Shadowlaan, królestwem Mrocznych. Jej służącym znów nieudało się zlokalizować buntowników. Podeszła do magicznego kręgu, przy którym stało dwóch czarodziejów.
-Jak to możliwe śmiecie? Jesteście tyle samo warci, co dziwki, które was urodziły!- Wykrzyknęła do nich.
-Ależ pani… Naprawdę, prawię zlokalizowaliśmy kryjówkę rebeliantów… Obraz niemal się zmaterializował! Ich osłony były potężne!- Odpowiedział jeden z magów, Monthyras. Jego oczy miały barwę jasnego błękitu.
-Powstrzymało was kilka czarodziejek i byle iluzjonistów, wyklętych nawet przez własne rodziny!
Monthyras już nic nie odpowiedział. Nim zdążył się odezwać wokół jego szyi zacisnął się czarodziejski bicz. Biedak nie zdążył nawet kaszlnąć, czy stęknąć i skonał.
-A ty?- Rynax zwróciła się do Bacidiego, czarownika którego ród wyrzekł się porządku panującego we…Więcej...
Z popiołów - rozdział XIV, ostatni
Kategoria: Twórczość - epika
Mimo że dopiero zmierzchało, towarzysze już jechali traktem na południe. Las od dłuższego czasu wyraźnie przerzedzał się. Ciszę przerywał tylko stukot podkutych kopyt wierzchowców o wyłożony kamieniami trakt. Gdy jeźdźcy przejechali zakręt, ich oczom ukazał się niewielki oddział potężnie opancerzonych wojowników. Tylko dwóch nie miało na sobie płytowej zbroi.
- Oddział strażników Kraz. Jeśli nie zrobicie nic głupiego, przejedziemy obok nich bez żadnych problemów. – Verlathis powiedział te słowa wyjątkowo głośno, by każdy mógł je usłyszeć.
- Skąd to wiesz? – zapytał Daeth.
- Spójrz na ich wygrawerowane na zbroi znaki. One mogą oznaczać tylko Kraz.
Gdy podjechali bliżej do wojowników, jeden z nich wyszedł im naprzeciw. Na jego zbroi w pełnym słońcu mieniły się dwa walczące lwy. Zapewne był to symbol, o którym mówił smok. Rycerz dał ręką znak jeźdźcom, by ci się zatrzymali.
- Kierujecie się do Kraz? – zapytał, podejrzliwie przyglądając się piątce odzianych w płaszcze z kapturami podróżnych.
- Owszem. Chcemy się udać do Mailundu. Coś stoi nam na przeszkodzie? – zapytał Verlathis, lustrując wzrokiem pozostałych rycerzy.
- Na przeszkodzie stoją wam dziesiątki zbuntowanych chłopów. Kraj ogarnęła panika na wieść o orkach. Wszyscy uciekają, lub starają się zarobić na innych. Będziecie mieli szczęście, jeśli uda wam się nie dostać noża w plecy. Chyba jedyne miejsce, które nadal sprawia wrażenie normalności, to garnizon w Efengardzie, gdzie przebywa nasz król Ornd, wraz ze swymi gwardzistami. To jeden dzień drogi stąd na południe. Kierujcie…Więcej...
Z popiołów - rozdział XIII
Kategoria: Twórczość - epika

Podróż aż do stolicy przebiegała bez zakłóceń. Mark był zdumiony liczebnością wojsk zmierzających ku północy.
Towarzysze zatrzymali się na nocleg pół dnia drogi od Qwarny. Zapadał zmierzch, a podróż traktem nocą nie był dobrym pomysłem, nawet dla magów i wojowników.
Mark rozpalał ognisko za pomocą znalezionego nieopodal krzesiwa. Drewno dopiero po dłuższej chwili zajęło się ogniem. Towarzysze usiedli wokoło ognia, jednak nikt nic nie mówił.
Daeth krótko wtajemniczył krasnoludy w cel ich podróży. Ku jego zdziwieniu, Ingert i Bront z ochotą zgodzili im się towarzyszyć, mimo niebezpieczeństwa które na nich czyhało.
Płomienie lizały polana drewna, w które wpatrywał się Mark, gdy rozmyślał nad obecną sytuacją.
Gdy wojownik usłyszał kroki za swoimi plecami, zerwał się na nogi z bronią w ręku. Ostrze miecza Marka zatrzymało się kilka cali od szyi nieznajomego mężczyzny.
Nieznajomy był dość wysoki, jednak to co dziwiło Marka, to nienaturalnie blada twarz. Łysy przybysz zdawał się nie widzieć wojownika, gdyż ominął miecz, kierując się w kierunku Blinta.
Sandler spojrzał na Verlathisa. Smok zaś pokręcił głową w niemej odpowiedzi. Blint wstał, chłodno witając się z przybyszem. Widać było, że obaj mężczyźni się znają.
- Chyba pamiętasz moje słowa, że po raz kolejny nie będę mógł darować ci życia? Nie jesteśmy już we Wrongarcie. – Blint wycedził przez zęby.
- Spokojnie Blint. Obaj wiemy, że powód mojego przybycia jest inny.
- Nie wyobrażam sobie tego, by ktoś twojego pokroju mógł przybyć w pokojowych zamiarach.
Nieznajomy głęboko westchnął.
- Tym razem nie jestem…Więcej...
Koszykarze
Kategoria: Twórczość - epika
Początek końcaWiedział, że może to być jego ostatnia decyzja. Jeśli się pomyli lub zawaha będzie pokarmem dla tych kreatur. Nie znał ich taktyki, sposobu rozumowania ani nawet do końca, czym są. Był za to pewny, że nie są ludźmi, ale za to uwielbiają naszą rasę za… smak. Widział jak porwali jego sąsiada, z którym czasem zamieniał kilka zdań w sobotę przy sąsiedzkim grilu. Zawsze rozbawiony a zwłaszcza po kilku piwach … gdy te dziwadła go ciągnęły nie wydawał się już taki wyluzowany.
Chciał mu wtedy pomóc, ale się bał. Widział dwie wielkie postacie, które z łatwością biegły ciągnąc sporego sąsiada jak zabawkę. Przekonał się, iż dla tych potworów to nie zabawka a raczej obiad.
Schowany w zaułku po przeciwnej stronie ulicy obserwował cienie trzech postaci. Nagle jedna z nich w magiczny sposób się rozmnożyła … te dwa potwory rozerwały tego biedaka. Odwrócił wzrok i jeszcze bardziej skulił się w cieniu budynku pralni chemicznej.
Ludzie zawsze opisywali kosmitów jako zielone małe ludziki z dużymi głowami, którzy chcą nam przekazać wiedzę, ale ich oczekiwania zostały bardzo poważnie zweryfikowane.
Gdy chodzili posturą przypominali ludzi. Wyprostowana postawa, ponad dwa metry wzrostu, nogi, ręce. Reszta to już same różnice. Ciało pokryte skóra przypominająca łuski. Wielkie głowy względem ciała. Nie biegali też jak ludzie. W biegu przypominali gepardy. Nisko pochylone, poruszające się na dwóch parach odnóży i piekielnie szybcy. Szczęka pełna ostrych jak brzytwy zakrzywionych zębów. Idealne maszyny do zabijania.
Nie skontaktowali się…Więcej...
Pokłońcie się bogom!
Kategoria: Twórczość - epika
- Pokłońcie się Bogom! - grzmi Kapłan. Jego kościste ręce unoszą się do sufitu a twarz wykrzywia w ekstazie. Oczy przesuwają się powoli po wylęknionych twarzach wiernych a natchniony głos odbija od ścian sanktuarium. Żebrowe sklepienie, oświetlone drgającym światłem dziesiątek świec trzymanych przez wiernych, jest tak wysoko, że zdaje się sięgać niebios. Gładki velothański kamień odbija zamazane klęczące postacie, a zamocowane na uchwytach pochodnie dają akurat tyle światła, żeby z mroku wyłuskać kształty pięknych gobelinów przedstawiających proroków i świętych. Ołtarz za którym stoi Kapłan jest pozłacany i zdobiony w roślinne i organiczne wzory. W powietrzu czuć zapach kadzidła. Wieczorne nabożeństwo chyli się ku końcowi.- Vivek, Almalexia, Sotha Sil... - szepczą setki wiernych zgromadzonych w Świątyni. Każdy z nich, w zmartwiałych palcach ściska zapaloną świecę i mamrocze modlitwy. Hierarcha wykrzywia wargi, pryska śliną, wydaje się, że oszalał. Cały drży a poły jego szaty świszczą w powietrzu jak skrzydła owada.
- Poeta Vivek! Matka Almalexia! Mędrzec Sotha Sil! Pokłońcie się im, a doświadczycie łaski! Zstąpią z niebios, a na ich chwałę będą śpiewać Aedry i Daedry!
- Vivek, Almalexia, Sotha Sil...
Samotna postać, dotychczas stojąca w nieoświetlonym kącie sali, unosi głowę i wbija wzrok w kapłana. Błyszczy sztylet niemal niezauważalnym ruchem wyjęty z obszernej kieszeni szaty. Postać wychodzi z cienia zdecydowanym, lekkim krokiem. To Mroczny Elf. Długie rozpuszczone włosy zasłaniają niemal całą poznaczoną bliznami, beznamiętną twarz. Oczy obcego goreją jednak taką nienawiścią, że wierni ze strachem rozstępują się przed nim. Wychudzona ręka desperacko ściska broń. Podziurawiona, brudna,…Więcej...
Z popiołów - rozdział XII
Kategoria: Twórczość - epika
Na wcześniejszym wstępie muzyka dla klimatu: Summoning – Runes of PowerNa wstępie chcę powiedzieć, że publikowana powieść to na razie „protoplasta”, która będzie rozszerzona o dodatkowe opisy, dialogi czy też sytuacje dopiero po zakończeniu pisania (wtedy też poszukam wydawcy
Alia zaatakowała Marka z furią. Wojownik z trudem sparował jej uderzenie, po czym wyprowadził kontratak. Jego przeciwniczka była szybsza niż poprzednio. Ingert podbiegł z uniesionym w górze toporem, jednak Alia natychmiast odwróciła się, tnąc broń krasnoluda. Stalowe ostrze topora została przecięta na dwie części. Część stali wraz z kawałkiem trzonka z głuchym łoskotem upadła na ziemię. Krasnolud otworzył oczy ze zdumienia, widząc pozostałość swojego topora. Daeth doskoczył do towarzysza, po czym położył mu nogę na plecach. Krasnolud upadł, a tam gdzie przed chwilą była jego głowa, czarne ostrze bezskutecznie przecięło powietrze, nie czyniąc Ingertowi żadnej krzywdy. Alia warknęła wściekła, widząc, że nie udało jej się trafić przeciwnika.
Daeth rzucił się do przodu, atakując Alię. Dziewczyna przez chwilę zdawała wrażenie zaskoczonej, przez co musiała przejść do defensywy. Gdy jednak ponownie zaatakowała wojownika, jej miecz minął szyję Daetha o centymetr. Mark w tej samej chwili…Więcej...
Projekt Sigma
Kategoria: Twórczość - epika

Prolog
…W odpowiedzi na groźby, rząd Niemiec ostrzega, że w przypadku wystrzelenia rakiety z głowicą nuklearną, odpowie tym samym. Nieważne, kto to zrobi, lecz tym samym rozpocznie III wojnę światową. Świat staje na krawędzi kryzysu…
…Prezydent Rzeczpospolitej zaprzecza, że atak rakietowy miałby pochodzić z naszego kraju…
…Kiepską sytuację Polski komplikuje fakt, że to właściwie „most” między państwami Europy Wschodniej i Zachodniej, przez co właśnie my możemy być narażeni na atak…
…Został ujawniony czas do rozpoczęcia III wojny światowej. Do odpalenia pierwszej rakiety pozostały nam trzy dni. Trzy dni do końca znanego nam świata. Prawdopodobnie do końca życia na naszej planecie…
Media. Wszystko muszą skomplikować. Wszystko muszą podbarwić, naopowiadać bzdur, w które uwierzy większość ludzi.
W jednym się nie pomyliły. Zostało siedemdziesiąt dwie godziny do końca świata. Siedemdziesiąt dwie godziny do puenty, która nastąpi przez nas. Mieliśmy okazję powstrzymać gościa, który zdobył tę głowicę. Nie udało się.
Ale media nie wiedziały i nigdy nie dowiedzą się o jednym. Nie dowiedzą się, że na świecie istnieje pewna grupa ludzi z różnych agencji. Będą myśleć, że to wszystko pic na wodę, że jesteśmy skazani na śmierć, że nikt i nic nas nie uratuje. Jeśli nawet ktoś by im o tym doniósł, wyzywaliby go od idiotów. Przecież takie rzeczy istnieją tylko w książkach, filmach czy grach komputerowych. Ale nie w naszym świecie!
- Koniec świata… - wyszeptała moja mama, oglądając telewizję. Wszędzie były wiadomości, wszyscy mówili tylko…Więcej...
Służba
Kategoria: Twórczość - epika
PrologTo było w samym środku wakacji. Nie mam pamięci absolutnej i wiele mogłem zapomnieć, lecz postaram się opisać wszystko jak najdokładniej zdołam.
Mam piętnaście lat. Nie uważam się za wyjątkową osobę, po prostu zwyczajny, młody chłopak. Nie piję, nie palę, nie chodzę na imprezy. Nie jestem szczególnie towarzyski. Interesuję się komputerami, militariami i japońską kreską, lubię czytać książki przygodowe i sensacyjne. Swego czasu ćwiczyłem karate, jednak nie zdobyłem w tym wielkiej wprawy. Słucham rocka, czasami podchodzącego pod metal. Nie jestem niezwykły.
Była właśnie jakaś impreza rodzinna u mojego kuzyna. Muzyka grała głośno, wszyscy rozmawiali i śmiali się. Wyszedłem na dwór. Chciałem trochę się przewietrzyć. Z lewej strony usłyszałem krzyk. Może dwa metry przede mną leżała na ziemi dziewczyna. Wyglądała na kogoś w moim wieku, dość wysoka, brunetka z blond pasemkami i zielonymi oczyma. Ubrana w jakąś dżinsową kurtkę i długą do kolan spódnicę. Obok niej stali dwaj zamaskowani mężczyźni. Ich cele były wiadome na pierwszy rzut oka: chcieli zgwałcić nieszczęsną dziewczynę. Widać wbiegła tu, wołając o pomoc, a my nic nie słyszeliśmy przez muzykę. Wciąż nie zauważyli mojej obecności.
- Zostawcie ją! – wrzasnąłem. W moim głosie czuć było wyraźny gniew. Nie zwrócili na mnie większej uwagi. – Powiedziałem, żebyście ją zostawili, debile!
Zeskoczyłem ze schodów, które prowadziły do drzwi wejściowych. Moje wrzaski wciąż nie zwróciły ich większej uwagi. Popatrzyli się na mnie tylko, a w ich oczach dostrzegłem pogardę. Tego było za wiele. Bez uprzedzenia, ja,…Więcej...
